Rozmowa z Joanną Szelugą



Joanna Szeluga – psycholog, szkoleniowiec i coach; żona; mama dwóch synów oraz dwóch fruwających piesków (dokumentacja fotograficzna na Facebooku). Poznałyśmy się z Asią chyba 7 lat temu na Podyplomowym Studium Coachingu.
Spotkanie wprawiło mnie w stan poruszenia ze względu na to, co Asia w życiu robi i jakie są tego konteksty. Ale przede wszystkim dlatego, że jej niezwykła wrażliwość i głębia, które pamiętam z czasów gdy była moją studentką, są tak widoczne we wszystkich zmianach, które przeżywa sama i które dzięki niej przeżywają inni.
Oto nasza rozmowa.

 Co Ty robisz coachingowo Asiu?
Zaczynałam bardzo biznesowo, prowadziłam szkolenia, pracowałam dla korporacji, w HR-ach. Ale odkąd parę lat temu okazało się, że mój syn ma autyzm całkowicie zmieniło się moje patrzenie na to jak można pracować z ludźmi. Przede wszystkim to był mój własny ogromny rozwój. Musiałam nauczyć się żyć z kimś kto jest bardzo inny na wszystkich wymiarach. Zaczęłam mieć kontakt z rodzicami takich dzieci i od tamtego czasu głównie pracuję szkoleniowo i coachingowo z osobami, które same pracują z innymi ludźmi. Na przykład z rodzicami dzieci podobnych do mojego Damiana. Moja sytuacja otworzyła mi oczy na to, że najważniejsze, by gdziekolwiek się jest, być sobą. Z tego czerpać siłę, przestać grać, udawać. Oczywiście czerpać z zasobów, które mamy w środku. Mi w tym mi pomaga mocno fotografia.
Jak trafiają do Ciebie klienci?
Głównie przez znajomych. Od 2 lat towarzyszę nauczycielom. Od 5 lat wychowawcom w domach dla dzieci w Gdańsku. Kiedyś koleżanka zapytała, czy zrobiłabym dla nich warsztaty o mentoringu. Zrobiłam, a z tego wyrósł proces rozwojowy dla wychowawców o tym, co to znaczy towarzyszyć młodemu człowiekowi w budowaniu swojego życia; jak dorośli mogą go wspierać poza funkcją opieki. Praca w szkołach pojawiła się dzięki innej koleżance. To się tak jakoś niesie.
Jak się czujesz z tym co robisz?
Bardzo dobrze. Myślę, że gdybym nie robiła tego co robię to pewnie siedziałabym na kanapie i była taka jak 10 lat temu, takie mam przeczucie. Może to byłoby inne miejsce, ale nie miałoby takiej jakości, której dostarcza mi moja obecna praca. Która zresztą wcale nie jest taka kolorowa. Jak sobie przypominam mój pierwszy kontakt z wychowawcami w domach dla dziecka, gdy miałam dla nich pierwsze szkolenie w Sobieszewie, w drodze powrotnej płakałam do Olsztynka. Uświadomiłam sobie, że wychowawca jest np. w takiej sytuacji: danego dnia dziecko zostało przywiezione do placówki, pierwszy raz śpi w sali z innymi dziećmi, ma jakąś panią wychowawczynię, ale nie ma swojego domu, mamy. Jest po jakimś bardzo trudnym przejściu i on, ten wychowawca ma je położyć spać. Gdy do mnie dotarło, że świat robi takie rzeczy małym dzieciom i ktoś w tym jest po to, żeby towarzyszyć dziecku mądrze, poczułam to na takim poziomie brzucha, trzewi, że się już nie dałabym latać za blichtrem. Trudno mi jest z nieszczerością w relacjach.
Czego potrzebują od Ciebie te osoby, które się dziećmi w taki sposób zajmują?
Zwykle jakiejś perspektywy, spojrzenia z lotu ptaka, przyjrzenia się, żeby ich wyrwać na chwilę, zatrzymać i z nimi obejrzeć, co się wydarzyło, czemu w ogóle to się wydarzyło. Mogą się wtedy zastanowić, zaczynają widzieć co można zrobić. Bo ich nie trzeba uczyć wszystkiego, tylko jak się zatrzymają to widzą, że mają te rozwiązania w sobie. Oni mają zasady wyuczone przez własne środowisko i dom. A jak się spotkają, nad sobą chwilę zatrzymają, to się nagle okazuje, że już wiedzą co mają zrobić, żeby z tym młodym człowiekiem zbudować relację. Wtedy dzwonią np. do mnie i rozmawiamy. Pytam „Jak było?”, słyszę odpowiedź: „No, płakaliśmy razem, czyli jest dobrze”.
Ostatnio miałam warsztat dla mam pt. „Jak przekuć wrażliwość w odwagę?”. Często dzieci są nazywane nadwrażliwymi albo niewrażliwymi. Pracując z fotografią po pierwsze zapytałam: JAK? Zaprosiłam, by każda mama wybrała zdjęcie i podpisała je własnymi słowami o tym jak tę wrażliwość przekuwać w odwagę. Kobiety napisały to wszystko co Brene Brown odkryła w swojej 13-letniej pracy naukowej. Jak im pokazałam potem manifest rodzicielstwa Brene, powiedziałam: „Wy to wszystko macie. Napisałyście to bez badań, bez lektury książki”. A te mamy napisały: „nie udawać kogoś kim się nie jest; usiąść przy dziecku i go posłuchać, pobawić się z nim i tańczyć, zaufać sobie jako rodzicom a nie poradnikom”. Wszystko to, co w tych badaniach było. Myślę, że ci wychowawcy potrzebują kogoś życzliwego. Ja nie jestem z „systemu”: nie rozliczam, nie kontroluję ich, nie raportują do mnie. Tylko po prostu jestem od tego, byśmy się wspólnie zastanowili jak może być dla nich lepiej, żeby finalnie lepiej było dzieciom.
Interesuje mnie bardzo Twój projekt Fotologia?
Nasz tata interesował się fotografią, od niego dostałam pierwszego Zenitha. Jeszcze za czasów studenckich dużo fotografowałam. Potem, ponad 10 lat temu, z siostrą, która jest fotografem, chodziłyśmy po Warszawie i robiłyśmy zdjęcia. Gdy po takich spacerach wracałyśmy do domu i opowiadałyśmy sobie, co która z nas widziała, niby szłyśmy tą samą drogą, ale okazywało się, że każda z nas widzi inne rzeczy i zastanawiałyśmy się dlaczego. Albo np. słyszałam czyjś komentarz: „O, to zdjęcie jest w Twoim stylu”. Gdy patrzyłam na zdjęcia siostry, widziałam ją. Ona w moich – mnie. Rozmawiałyśmy dużo o fotografii. Interesował nas nie tylko kontekst rzemiosła, ale kontekst psychologiczny. Zastanawiałyśmy się co to jest ten styl, czemu ja widzę to co widzę. Zrobiłyśmy projekt Fotologia – rozwojowe warsztaty z fotografią - i jeździłyśmy z nią po festiwalach fotograficznych po całej Polsce. To minęło, ale dalej pracuję używając zdjęć. Zadaję zadania fotograficzne moim klientom. Nie wiem czy to jest coaching, raczej widzę to jako proces ich rozwoju, by mogli budować swoją siłę. Stricte coachingowe narzędzia są raczej w tle, a na planie pierwszym jest to, co ludzie mają w sobie, niezależnie od roli i stanowiska jakie w życiu pełnią. Zdjęcia są narzędziem i to jest bardzo moje, bardzo ożywcze. To się liczy np. gdy przestaję widzieć sens w pracy dla systemu oświaty, praca ze zdjęciami daje mi olbrzymią siłę.
Jak ludzie reagują na pracę ze zdjęciami?
Bardzo różnie. Myślę, że najpierw trzeba zbudować dobry klimat, żeby to nie był show albo „praca z różdżką”. Z klientami indywidualnymi nie zaczynam pracy od sesji ze zdjęciami. Zdarzyło mi się prowadzić szkolenie dla dyplomatów i byłam zdumiona ich odkryciami. Panowie w garniturach, bardzo formalni, zastanawiali się nad tym jakimi są szefami dla swoich zespołów. Wśród zdjęć jakie im udostępniłam pojawiło się takie z mężczyznami w czerwonych kozaczkach – bardzo kontrowersyjne – (metoda i narzędzia Points of You® oparte na pracy z fotografią i metaforą). Zakryli je, zawstydziło ich ale potem jednak w nie popatrzyli… Ja nie naciskam, uważam, że jak ktoś nie jest gotowy do zajrzenia w siebie to nie pokazuję tych zdjęć. To jest coś dodatkowego, a nie główny motor w pracy nad sobą. Natomiast jeśli ktoś wchodzi w ten proces, nie spotkałam się z opinią, że to bez sensu, albo nie działa. To co mi się podoba w tej pracy to, że ludzie są zachwyceni swymi odkryciami, że one w nich żyją, że im się później więcej chce. Na przykład wśród wychowawców ktoś mówi „a pamiętasz jak wylosowałam tę kartę?…”
Praca ze zdjęciami dotyczy też mojego Damiana, z autyzmem, on ma 8 lat. Jak on ma aparat fotograficzny i robi zdjęcia dzieciom w klasie, na wycieczce, na imprezie, to wtedy jest z tymi dziećmi. Jako fotograf, ale jest. Nie ma aparatu – nie ma Damiana. Ciekawe jest jak on widzi świat. Oglądałam jego zdjęcia. Pierwszy aparat miał jak był bardzo malutki. Nie wyrzucam jego wczesnych zdjęć, bo to jest jego pamięć życia. Mamy albumy, oglądamy, on czasem nie wierzy, że to on fotografował. Albo że sam jest na zdjęciach robionych przez inne osoby. W tym jest jakiś rodzaj fajnego kontaktu z nim.
To jest narzędzie do kontaktu z nim?
Diagnozowanie Damiana trwało rok. Autyzm pojawił się nagle; z dziecka relacyjnego, otwartego, witającego się ze wszystkimi raptem stał się zamknięty, wycofał się. Bardzo nie podobała mu się terapia behawioralna: zrób to dostaniesz naklejkę. To na niego nie działało, nie był zainteresowany naklejkami. Chętniej pracował z ludźmi, z którymi miał relacje. On chodził na terapię i wykonywał różne rzeczy z racji relacji, którą miał z terapeutą a nie dla naklejek. Pomyślałam, że to jest droga do niego. Porozumienie bez przemocy (NVC), kontakt fizyczny: głaskanie, przytulanie, masowanie, leżenie z nim, fotografowanie jego i jego fotografowanie.
Dotyk?
Tak dotyk i bliskość. Przez naszą pracę z nim, bo razem z mężem uczyliśmy się, żeby do Damiana mówić tym nieprzemocowym językiem, Pani diagnozująca mówiła, że ona nie rozumie jak on może być autystą, bo określa swoje potrzeby a to się wśród takich osób nie dzieje. Podobnie z emocjami, które on wyraża. Twierdzę, że to skutek NVC a nie behawioryzmu. Fajnie sobie radzi. Widzę, że jakość kontaktu ma dla niego znaczenie. Jak trafia na nauczycieli dyscyplinująco warunkujących, nie jest zainteresowany.
Wiele zawdzięczam Damianowi mimo, że ta zmiana jest trudna i wiąże się pewnymi stratami emocjonalnymi. Mam różne myśli. Zastanawiam się co z nim będzie jak on będzie dorosły.
A co straciłaś?
Zawsze mówiłam o sobie, że jestem mamą bez oczekiwań. Tak mówiłam, ale do czasu. Był Dzień Babci w przedszkolu, Pani przygotowywała jakieś przedstawienie, ja mówiłam jej, że Damian nie musi wystąpić i to dla nas nie jest problem. A on w ogóle do przedszkola nie chciał wejść tego dnia. Przyjechali dziadkowie – moja mama i tata – stoimy w tej szatni, mówię „Damian, wejdziemy, usiądziemy tam na sali”. A on nie, nie chciał nawet wejść! To było zderzenie z moimi oczekiwaniami dla mnie! Straciłam – śmieję się – chleb glutenowy; trochę organizacyjnych rzeczy. Jemu wszystko trzeba tłumaczyć, np. mówię mu, że będzie fajnie na wakacjach a on płacze, bo z domu wyjeżdża. Do kawiarni nie mogę przyjść, choć lubię, ale dla niego jest za głośno. To są takie małe rzeczy, które sprawiają, że życie jest inne. Pewnie nieznane ludziom, którzy nie mają takiego dziecka.
Pewnie nie znane albo nie są rozumiane na takim poziomie głębokości na jakim Ty to rozumiesz.
Czyli Twoja osobista sytuacja i narzędzia, o których mówiłaś, oznaczają, że pracujesz z innymi klientami niż ci, o których pierwotnie myślałaś, kiedy zaczynałaś studia coachingu.
Tak, pamiętam wtedy siebie na pierwszych zajęciach, kiedy myślałam, że jako coach pójdę, zadam jakieś mądre pytanie, ludzie powiedzą „wow!”, odkryją coś nadzwyczajnego. Teraz coś mnie skręca w środku jak to mówię. Zdaję sobie sprawę z tego, że moja droga nie jest popularna, nie jest łatwo być na rynku. Myślenie o ludziach, z którymi pracuję, jak ich przybliżyć do nich samych, to płakanie, nie jest łatwe (bo przeżywam), ale nie chcę inaczej. Mogę robić taki projekt raz w miesiącu: spotkanie z wychowawcami na 3 dni, w dwóch 10-osobowych grupach, w formule team coachingu lub indywidualnie. Gdańska fundacja, która zainicjowała ten projekt stworzyła swój model pracy w tych domach dla dzieci. To są kameralne wille, nie mają szyldu, godła, tablicy informacyjnej. Jest to co musi być: instrukcja przeciwpożarowa, gaśnica w widocznym miejscu. W domu mieszka 14-tka dzieci, chodzi się w nim bez butów, dzieci gotują, piorą, odrabiają lekcje, są razem. Gdy byłam tam po raz pierwszy otworzyła mi 9-letnia dziewczynka, która zapytała się mnie „czy napije się pani herbaty?” Mój synek był wtedy w tym wieku i on się gości o coś takiego nie pytał. Mówię: „bardzo chętnie”. A ona „A jakiej?” Myślę: mój Tymek w ogóle nie wie, że są różne herbaty.
To jest dla mnie mocno angażujące, wręcz wywrotowe. Mało organizacji chce tak prawdziwie pracować. W kulturach korporacyjnych jest raczej nastawienie „zwiększyć efektywność”, „poprawić komunikatywność”, „odnaleźć się w nowej roli”.  No i się odnajdują…
I zwiększają efektywność! Przez chwilę uśmiechamy się obie
Ale też myślę, że to jest jakieś moje przekonanie o biznesie. Bo w obu tych środowiskach są tacy sami ludzie. Tylko inaczej się do nich dociera. Gdy zobaczyłam pracę nauczycieli, wychowawców to dostrzegłam, że na co innego jest focus. Biznes koncentruje się na tym, żeby poprzez to jacy są i jak ci ludzie funkcjonują mieć większy zysk dla firmy; czyli na końcu jest konto. A w przypadku nauczycieli to się przekłada na „być” ludzi, dla których oni pracują - tam nie ma konta albo ja go nie widzę. To jest inny rodzaj pracy. Biznesmen inaczej patrzy na świat niż nauczycielka, która np. chce poradzić sobie z jakąś sytuacją w klasie.
Kiedy taki nauczyciel zaczyna chcieć? Jak Ty to rozpoznajesz, że on/a od ciebie czegoś potrzebuje?
Mam taki przykład. Pracuję w 2-letnim programie wspomagania szkół i jest pani na zajęciach, która ostentacyjnie „wali” po najczulszych emocjach członków Rady Pedagogicznej, również moich. Jest po prostu przemocowa. Ja wiem, że ona nie chce brać udziału w programie. Idę do niej, jestem wkurzona i mówię „widzę, że pani nie chce (uczestniczyć w zajęciach, pracować w tym programie) i to jest OK. Nie wiem, co mogę zrobić, bo wiem też, że pani musi (brać udział)”. Ona zaczyna mówić, że właśnie tak, że musi. Mówi dalej o tym, co w tej ich pracy jest nieładnego, a wydaje jej się, że wcale tego nie pokazuje. Uważa, że ona nic złego nie robi „dowalając” ludziom w ich emocje. To są momenty kiedy uwalniane są prawdziwe emocje. Złość, niechęć, bunt. To jest nazywane i przyjęte, to jest prawda - praca, o którą chodzi. Nawet jeśli pójdę potem do dyrektorki i powiem „to nie ma sensu, nie zmuszajmy; w tym projekcie zróbmy tak, żeby nie musieli”, pani dyrektor zgodzi się i zaproponuje, by zrobić listę chętnych na kolejny warsztat w cyklu i ta pani się nie wpisuje na nią, dzięki czemu zostaje przywrócona jej podmiotowość. W panującym systemie ona znika, nauczyciele naprawdę za dużo muszą. Są bezwolni, nie są wysłuchiwani, nikt nie pyta o ich zdanie. Najlepiej gdyby się w tym grzecznie odnaleźli i nie stwarzali problemów „bo musimy napisać sprawozdanie”. Ale np. 3 miesiące później ta pani uśmiecha się do mnie jak wchodzę do szkoły, zaczyna zagadywać, przychodzi na spotkania otwarte.
Czyli Ty nie wymuszasz udziału?
Tak, to jest trudne, bo niepopularne. Ale mój szef podkreśla, że mogę pracować tak, by ludzie chcieli a nie było to na nich wymuszane. Inaczej wygląda praca wtedy, gdy nauczyciele zapisują się bo chcą, a inaczej gdy idę do konkretnej Rady w konkretnej szkole. Tam muszą.
Ciekawe było pytanie kiedy jest ten moment, że nauczyciele chcą. Czasem po prostu przychodzą i po prostu mówią, wprost.
Wyobrażam sobie, że w pracy z takimi odbiorcami jak Twoi, głód zaspokajania potrzeb jest jeszcze głębszy niż w biznesie a wielość systemów w jakich oni funkcjonują również jest większa.  W związku z tym ich poczucie własnego znaczenia, nadanie rangi własnym potrzebom jest jeszcze trudniejsze. Znam nauczycieli, którzy umieją odkrywać własne potrzeby, niemniej widzę tę grupę zawodową jako z jednej strony bezcenną, a z drugiej – tak posznurowanych, zahamowanych, wycofanych, poblokowanych ze swoimi potrzebami – jest bardzo wielu. Skoro więc pojawia się jakiś oficjalny projekt na pracę w tym środowisku łatwo dorobić pewnie interpretację: „aha, szwankujemy! Wyjdzie na jaw czego nie potrafimy, w czym jesteśmy beznadziejni”. Wtedy uruchamia się w nich wstyd (o czym pisze Brene Brown na podstawie długoletnich badań). Tym bardziej mogę wyobrazić sobie rangę momentu, kiedy taki nauczyciel myśli sobie: mogę zaufać; albo po prostu wylewają się z niego te emocje, o których mówiłaś.
Jest kilka spraw, które mi się kojarzą z tym wątkiem. Myślę, że ważne jest danie nauczycielom przestrzeni i  czasu, by mogli się przekonać, że nic nie muszą mówić, brać udziału w jakiejś aktywności w toku zajęć. To czasem trwa przez ileś spotkań. W biznesie zasada dobrowolnego udziału i chęć uczestnictwa jest bardzo naturalna. Tu jest nieufność: ”no tak, nie muszę, ale pani zaraz napisze, że wyszłam”. A ja nic nie piszę. Moja prawdziwość jest ważna. W przypadku tamtej pani, o której opowiadałam, nie kryłam przed nią mojego gniewu. To jest niesamowite, kiedy te prawdziwe emocje się uwalniają. Gdy jedna nauczycielka się rozpłacze, np. przy temacie asertywności, to następuje lawina płaczu.
Najwięcej zatrzymania w sobie czuję podczas pracy w szkołach gdy pojawia się temat pracy z trudnym uczniem. On jest różnie definiowany. Słyszę coś takiego: „no jak taki gówniarz może mi, urzędnikowi publicznemu, mówić, robić…” Mówi to np. nauczycielka 30-letnia, wydawałoby się, że ci młodzi są mniej wypaleni, bardziej otwarci, rozumiejący. Ale to jest schemat: ja, urzędnik.
To właśnie przejaw władzy. Jak się nie ma autorytetu osobistego to ten formalny trzyma się mocno, żeby móc myśleć, że się autorytetem jest.
Widziałam ostatnio wywiad z profesorem Zimbardo. Wspominał swój słynny eksperyment sprzed lat i dalej mówił, że odkryciem psychologii naszego czasu jest to, że jesteśmy elastyczni, zmieniamy się. Gdy uczyłam się psychologii na studiach mówiło się, że osobowość ma się raz na zawsze, do 6-go roku życia kształtuje się coś tam a potem koniec, inteligencja jaka jest taka będzie i już. A teraz słyszę, że człowiek się uczy, zmienia, pracuje nad sobą całe swoje życie i ma zasoby (!). Pomyślałam, że coaching rzeczywiście zrobił rzecz wywrotową dla psychologii pokazując, że ta statyczność w myśleniu o ludziach jest już nieaktualna. Podejście coachingowe pomaga mi w myśleniu o ludziach, o nauczycielach. Każdy ma swój moment. Mam zaufanie, że jak nie teraz to potem. No bo to dziecko, na które w szkole wezwą policjanta może się wystraszy raz, może się złamie, ale potem pójdzie i porysuje mu samochód na parkingu, przetnie opony. Mam zaufanie, że życie nam nie popuści, będzie się domagało. Juul mówi, że dzieciak zrobi wszystko, by spotkać człowieka, a nie nauczyciela „w roli”. Te wszystkie prowokacyjne zachowania są po to, by w nauczycielu zobaczyć człowieka. Bardzo to do mnie przemawia.
Gdy mówisz, że coaching wywrócił coś w psychologii to jest dla mnie bardzo odkrywcze.
Tzw. prawdy psychologii o tym, że jak ktoś jest introwertykiem to ma trudno bo ekstrawertycy są bardziej potrzebni, są bardzo raniące. Różne diagnozy, owszem, ułatwiają szereg rzeczy ale są bardzo zamykające. To tak jak z tym autystykiem, który niby nie czuje emocji…
Wcześniej powiedziałaś, że nie masz poczucia, że to co robisz to jest praca coachingowa a teraz, że coaching dał coś psychologii. Słuchając Ciebie mam poczucie, że Ty bardzo mocno czujesz coaching. Skoro mówisz, że nauczyciele sami odkrywają co mogą dziecku i sobie dać. To przecież samodzielne odkrywanie jest jednym z filarów coachingowego podejścia. Mówisz, że dajesz przestrzeń na emocje. Podobnie czuję, że to jest furtka, gdy z tego „bagna” emocjonalnego wyłania się moment „klik!” a dalej rzeczy zaczynają się układać. Właśnie, na ile tak jest? Na ile masz możność obserwować, że oni to wdrażają?
Ci wychowawcy gdańscy przychodzą mi na myśl – 20 osób. Kluczowy był moment gdy pomagali młodzieży znaleźć staże na okres wakacji. To był dla mnie największy test naszych rezultatów ze spotkań, czy one coś dały. Podopieczna jednej z wychowawczyń chciała stażować w salonie fryzjerskim; uwielbiała pleść wszystkim warkoczyki, robić koki itp.  A wychowawczyni mówiła jej, że to głupi pomysł, bo życie jest jakie jest i z kręcenia warkoczyków ona nie utrzyma się. Zdecydowałam się mocno zaingerować. Mówiłam, że to staż, dziewczyna powinna wykorzystać te 2 miesiące tak jak chce. W efekcie dziewczyna wylądowała na stażu w smażalni ryb. Strasznie cierpiałam, że mimo prawie 2 lat pracy z nimi, nie udało się. Według mnie mentor to ktoś kto podąża za dzieckiem a nie wkłada go w swoja wizję świata.
Ale w tej grupie była też inna nauczycielka, która zadzwoniła do mnie i mówi: „Asia, muszę kupić garnitur”. Pytam „sobie, czy wychowankowi?”. Ona: „Idę do firmy na rozmowę, oni tam w ogóle nie maja programów stażowych ale on (wychowanek) chce tam koniecznie spróbować. Poszłam tam ale nie chcieli mnie wpuścić i pomyślałam, że jak kupię garnitur to wpuszczą.” Tak zrobiła, wpuścili ja i mimo wszystko chłopak zrobił ten staż!
To taka skrajność: ta sama praca, ten sam czas, ta sama ja, cykliczność spotkań i tak zróżnicowane efekty. Myślałam od czego to zależy, trudno mi stwierdzić. Widzę, że są ludzie, dla których się „nie dzieje” i tacy, dla których „dzieje się”, ale co to powoduje, nie wiem. Na 20 możliwych staży odbyło się 19, jeden chłopiec się wycofał, co też uznaję za sukces, bo uniósł to on i wychowawca. W ich relacji to był sukces. Po wakacjach wychowawcy wrócili na spotkanie podsumowujące i wychowawczyni od dziewczyny stażującej w smażalni ryb mówiła, że ona była bardzo zadowolona pracując tam, że ją docenił szef, zaproponował pracę w następne wakacje. A kiedy zapytałam „co z warkoczami?” odpowiedziała „jest to dalej jej pasja, ale życie jest jakie jest…”. Może to nie był ten czas dla tej dziewczyny, a może będzie szczęśliwa inaczej. Dla mnie to wciąż jest praca z moim wyobrażeniem, co byłoby dobre dla niej. I zgłębianie tego, że nasze definicje mają wpływ na ludzi.
Kiedy się cieszysz ze swojej pracy?
W paru momentach: gdy dowiaduję się, że będę miała klienta. Przed pierwszym spotkaniem jest mieszanina radości z lękiem. Cieszę się, gdy siedzimy na wygodnych fotelach i człowiek mówi „o k…!” i nawet nie wiem, czego to dotyczy ale to jest moment, gdy coś mocno zapadło. Kiedy widzę, że o jakimś czasie od naszej pracy np. klientka widzi mnie, biegnie, żeby się przywitać, mówi „fajnie, że cię widzę” i rzeczywiście widać jej dobrą energię. Dużo radości ta praca daje.
Ostatnio jechałam samochodem, strasznie przeczołgana po warsztacie i myślałam sobie „jak mogłam coś tam zrobić w taki sposób na tym warsztacie??” A za chwilę: „dobra, jadę do domu, tam moi trzej faceci siedzą na kanapie, psy na pewno wybiegną na powitanie…”. To też jest radość. Również z tego, że to jest cykl. Nawet jak coś zepsuję, to powiem, że zepsułam i pójdę dalej. To jest za każdym razem nowe. Radość. I to Ty powiedziałaś kiedyś, że można ją praktykować.

Dziękuję Ci Asiu za rozmowę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Emocjonalny lad - gdzie jest zwyczajność